Kto, co, na kiedy: jak spotkanie wybiera wykonawcę

Pomysł, opinia i estymata nie są zgodą na wykonanie. Jak spotkanie potrafi przypisać komuś zadanie i dlaczego ta skuteczna taktyka psuje zaufanie.

Można wejść na spotkanie z problemem, a wyjść z cudzym zobowiązaniem. Wystarczy zaprosić osoby, które znają temat, zapytać o rozwiązanie i poprosić o oszacowanie pracy. Gdy ktoś odpowie, prowadzący podsumowuje: „Czyli bierzesz zmianę, dwa dni, wracamy w piątek”. Jeśli nikt nie zaprotestuje, po spotkaniu wychodzi notatka z nazwiskiem i terminem. Od tej chwili korespondencja wygląda tak, jakby przydział został uzgodniony.

Zadanie ma właściciela, datę i ślad w korespondencji. Z punktu widzenia prowadzącego spotkanie temat ruszył do przodu. Z punktu widzenia tej osoby niczego jednak nie obiecała. Zgłosiła rozwiązanie, a ktoś zamienił jej opinię w zobowiązanie.

To skuteczna taktyka, bo odmowa wymaga teraz publicznego wycofania się z czegoś, co przed chwilą brzmiało prosto. Człowiek zna rozwiązanie, podał estymatę, a na sali siedzi dyrektor. Tłumaczenie, że ma inne zadania, może zabrzmieć jak wymówka. Łatwiej przytaknąć i później próbować upchnąć pracę w kalendarzu. Prowadzący wykorzystuje tę niezręczność, niezależnie od tego, czy robi to świadomie.

Jak powstaje „właściciel” zadania

Najpierw prowadzący określa problem i zaprasza ludzi, którzy mogą pomóc go rozwiązać. Potem prosi o opinie, możliwe działania i estymaty. Sam wybór wykonawcy odbywa się niemal niezauważalnie. Osoba, która zna najlepszą drogę, staje się osobą odpowiedzialną za jej wdrożenie. Ustalamy termin, wysyłamy notatkę, spotkanie zamykamy.

Jeśli praca nie rusza, idzie pierwszy mail do tej osoby. Po kolejnym checkpointcie do wątku dołączony zostaje jej przełożony. Na końcu pojawia się eskalacja: zadanie jest opóźnione, a nazwisko właściciela jest już widoczne dla jego szefa. Problem, z którym przyszliśmy na spotkanie, zamienia się w problem konkretnego pracownika. Takie przypisanie odpowiedzialności przydaje się tylko wtedy, gdy wczesna eskalacja ryzyka naprawdę prowadzi do decyzji, której zespół sam nie może podjąć.

Mechanizm może przyspieszyć wykonanie, bo do zadania zostaje dołączone ryzyko reputacyjne. Pozostali widzą nazwisko, termin i kolejne przypomnienia. Nie widzą już tak wyraźnie momentu, w którym estymatę zamieniono w obietnicę. To ważna różnica: korespondencja dokumentuje przypisanie pracy, ale sama nie dowodzi, że adresat miał wpływ na priorytet i warunki realizacji.

Tyle że ustalony termin nie jest dowodem zgody. Estymata odpowiada na pytanie „ile może to zająć przy takich założeniach?”. Nie odpowiada na pytanie „czy wezmę tę pracę i co mam odłożyć?”. Podobnie pomysł na rozwiązanie nie oznacza, że jego autor dysponuje uprawnieniami, czasem albo dostępem, żeby go wdrożyć.

Kiedy presja ukrywa prawdziwy problem

Ta metoda potrafi zadziałać doraźnie. Zespół widzi zadanie, właściciela i termin, więc status z „rozmawiamy o problemie” zmienia się na „ktoś nad tym pracuje”. Tylko czy rzeczywiście ruszyła praca? Czasem tak. Czasem człowiek przyjął termin, bo nie chciał kwestionować przełożonego przy innych.

Potem pojawiają się opóźnienia i kolejne maile. Prowadzący może uznać, że osoba nie bierze odpowiedzialności. Może też się okazać, że nie miała wolnych mocy, przełożony nie zgodził się na zmianę priorytetów albo pomysł był tylko hipotezą, której nikt nie sprawdził. Eskalacja opóźnienia nie rozróżni tych przyczyn, jeśli nikt o nie nie zapyta. Przewidywalna komunikacja buduje zaufanie, a publiczne przypisywanie winy bez sprawdzenia przeszkód szybko je zużywa.

Jeff Bezos opisał zasadę „disagree and commit”: po rozstrzygnięciu sporu można zaangażować się w wybrany wariant mimo własnych zastrzeżeń. W liście przywołał również własne poparcie dla decyzji zespołu, która go nie przekonywała. (List Jeffa Bezosa do akcjonariuszy Amazon, 2016) W odniesieniu do spotkań wyciągam z tego własny wniosek: wcześniejszy sprzeciw musi dać się wypowiedzieć. Milczenie po zaskakującym przydziale nie jest dobrym dowodem zobowiązania.

Wymuszony przydział jest odwrotnością tej zasady. Milczenie traktujemy jak zgodę, a wiedzę ekspercką wykorzystujemy do przypisania pracy. Przez jakiś czas może to wyglądać na sprawne zarządzanie. Później ludzie uczą się, że najlepiej nie mieć pomysłów przy przełożonym. Albo nie mówić, co zajmie dwa dni, bo za chwilę usłyszą, że są już właścicielem zadania.

Można ustalić odpowiedzialność bez podstępu

Na spotkaniu trzeba nazwać moment przejścia od konsultacji do przydzielenia pracy. Jeśli proszę eksperta z innego działu o pomoc, ustalam z nim i jego przełożonym zakres oraz dostępność. Jeśli mam uprawnienie do przydzielenia zadania własnemu pracownikowi, mogę z niego skorzystać. Nie muszę wtedy odgrywać zbierania ochotników. Powinienem jednak powiedzieć, jaki priorytet otrzymuje zadanie i co w związku z tym wypada z dotychczasowego planu.

Przydział nie daje mi prawa do dowolnego zamieniania estymaty w termin kalendarzowy. Dwa dni pracy mogą oznaczać dwa dni po zakończeniu bieżącego wdrożenia, przy dostępnych danych i pomocy drugiego zespołu. Te założenia trzeba sprawdzić. Wykonawca ma obowiązek jasno je przedstawić, a osoba decyzyjna rozstrzygnąć konflikt zasobów. Dopiero wtedy „kto, co, na kiedy” opisuje plan, który można wykonać.

Jeśli nikt nie może wziąć zadania, prowadzący spotkanie ma decyzję do podjęcia. Może znaleźć innego właściciela, zmienić priorytet albo przedstawić konflikt przełożonym. Czasem właśnie po to spotkanie jest potrzebne: żeby zobaczyć, że rozwiązanie istnieje, ale nikt nie przydzielił na nie czasu.

Checkpoint również nie musi być pułapką. Warto z góry uzgodnić datę, spodziewany wynik i sygnały, które oznaczają kłopot. Przy pierwszym przeglądzie pytasz o postęp i przeszkody. Jeśli potrzeba decyzji managera, podejmujesz ją. Jeśli właściciel zadania nie wykonał uzgodnionej pracy mimo odpowiednich warunków, wtedy rozmawiasz o odpowiedzialności.

Eskalacja ma sens, gdy potrzebna decyzja wykracza poza mój mandat albo wykonawca nie realizuje prawidłowo przydzielonego zadania mimo wyjaśnienia przeszkód. Do przełożonego powinny trafić ustalenia, faktyczny status i oczekiwane rozstrzygnięcie. Jeśli termin przesunął się przez brak dostępu, piszę o braku dostępu. Jeśli ktoś nie wykonał uzgodnionej pracy i nie poinformował o tym, piszę właśnie to. Nazwanie człowieka „opóźniającym” nie zastępuje ustalenia przyczyny.

Presja zadziała szczególnie dobrze na człowieka, któremu zależy na opinii i który nie chce zostawić innych z problemem. Dlatego łatwo z niej korzystać za często. Po kilku takich spotkaniach najbardziej rzeczowe osoby mogą zacząć ostrożniej mówić o tym, co potrafią zrobić. Zadanie zostało wykonane, ale następne rozpoznanie problemu będzie trudniejsze. Warto uwzględnić ten koszt, zanim uznamy serię maili z coraz wyższym przełożonym w DW za dowód sprawnego zarządzania.

War Council

Peter Drucker

Perspektywa skuteczności, wkładu i odpowiedzialności managera.

Niccolò Machiavelli

Perspektywa interesów, koalicji, reputacji i realnych mechanizmów władzy.